poniedziałek, 1 czerwca 2015

Przypadek #6: Psychosmark

Co piąta osoba na świecie – według szacunków WHO – boryka się z zaburzeniami natury psychicznej. Polska wysuwa się na czołówkę państw europejskich, jeśli chodzi o liczbę pacjentów szpitali psychiatrycznych. Kierując się stereotypami, problem ten spycha się na ubocze, uznając go za wstydliwy. Podobnie traktuje się same osoby dotknięte chorobą, skazując je na społeczny ostracyzm, co często pogłębia ich negatywny stan zdrowia.

„Przerwana lekcja muzyki”, „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Księżniczka i wojownik” – co łączy te trzy filmy klasy kina światowego? Oczywiście wątek osób chorych psychicznie – zarówno w historiach bohaterów pierwszo-, jak i drugoplanowych. Uwaga, prywata! Do dziś nie umiem znaleźć wytłumaczenia, dlaczego upodobałam sobie filmowy motyw szpitali psychiatrycznych i ich pacjentów. Filmów na ten temat nakręcono o wiele więcej niż te trzy wymienione powyżej – to po prostu moje ulubione. Nie chodzi mi tu bynajmniej o widowiskowe horrory i bohaterów o skrajnie psychopatycznych skłonnościach, którzy wywołują dreszcz na plecach odbiorców, a przy tym dziwny rodzaj przyjemności czerpanej z drastycznych obrazów na ekranie. Motyw szaleństwa, obłąkania jest głęboko osadzony w kulturze, swymi korzeniami sięga czasów starożytnych – mitologii greckiej. Jednak to romantyzm szczególnie mocno kojarzy się z obłędem, wychodzeniem poza to, co racjonalne. Literatura polska tego okresu obfituje w dzieła namiętnie wykorzystujące ten wątek – sztandarowymi przedstawicielami są oczywiście nasi narodowi wieszczowie: A. Mickiewicz z balladą „Romantyczność” oraz J. Słowacki i „Kordian”. Jedna z ostatnich scen „Kordiana” mocno utkwiła mi w pamięci. To scena, kiedy tytułowy bohater znajduje się w szpitalu dla obłąkanych i poznaje dwóch mężczyzn – jeden uważa, że jest Chrystusem-zbawicielem na krzyżu, a drugi, że podtrzymuje kulę ziemską niczym bóg Atlas. Na myśl przychodzi mi skojarzenie z powieścią psychologiczną z lat 70. ubiegłego wieku, która doczekała się ekranizacji – to „Ptasiek”, który po traumatycznych przeżyciach II wojny światowej cierpi na schizofrenię i myśli, że wiedzie ptasie życie. Moja ulubiona książka pochodzi również z XX wieku – to fantastyczna powieść „Mistrz i Małgorzata” rosyjskiego pisarza Michaiła Bułhakowa, w której tytułowy Mistrz postradał zmysły. Prawdopodobnie lektury z ławy szkolnej nie są traktowane przez uczniów z wielkim pietyzmem, jednakowoż odwołania do literatury światowej całkiem często gdzieś się pojawiają, choćby w filmie.

Zgodnie z szacunkami World Health Organization (WHO) zaburzenia psychiczne dotyczą już co piątej osoby na świecie, a do 2020 roku choroby psychiczne staną się jednym z czołowych problemów zdrowotnych w Europie. Naszą kondycję rujnuje wyścig szczurów, pogoń za tym, co materialne, ale jest też druga strona medalu – to często lęk o przyszłość i walka o byt. Ranga tego problemu w Polsce wciąż wzrasta, choć mało się o tym mówi. W porównaniu z latami 90. obecnie na oddziałach psychiatrycznych jest o połowę więcej pacjentów. Wiadomo, że istnieje dość stały odsetek osób z wrodzonymi umysłowymi upośledzeniami, powstałymi za sprawą mutacji genetycznych. Ten fakt również naprawa przerażeniem, że zmiany na poziomie chromosomalnym powodują trwałe dysfunkcje u człowieka – wystarczy jeden zabłąkany chromosom nie na swoim miejscu i wada ta powoduje u płodu np. Zespół Downa, wiążący się z niedorozwojem umysłowym. Nabyte choroby psychiczne to równie interesująca kwestia. W jak sposób dochodzi do zmian w ludzkiej psychice, najczęściej trwałych? Dlaczego osoby chore zupełnie inaczej odbierają bodźce niż osoby zdrowe? Posiadając wiedzę, jakoby co piąta osoba cierpiała z powodu zaburzeń psychicznych, postanowiłam się trochę rozejrzeć i zbadać teren. Często straszy się nas ilością psychopatów na ulicach, sama zresztą doświadczyłam widoku sąsiada z siekierą, w dodatku wiedząc, że miał za sobą długą odsiadkę w więzieniu. Opowiem jednak o mniej drastycznych sytuacjach.


Psychosmark. Tak go nazwałam. Jadę autobusem linii 34, tłok, więc trzymam się poręczy. Obok dostrzegam osobliwego jegomościa, zawsze mam szczęście do takich przygód. Facet wychyla się i zagląda w książkę czytającej współpasażerce, szczerząc się przy tym od ucha do ucha oraz wydając dziwne odgłosy. Nabieram pewności, że jest psychicznie chory. Autobus porusza się strasznie mozolnie, a do tego padający deszcz ogranicza widoczność, przez co jedziemy naprawdę wolno. Gość zaczyna robić się nerwowy, podróż dłuży się w nieskończoność. Obserwuję go kątem oka, odczuwając już lekki dyskomfort z powodu jego dość bliskiej obecności. Patrzę i oczom nie wierzę! Mężczyzna wkłada swój palec w otchłanie przegród nosowych i coś stamtąd wydobywa. To COŚ tkwi na jego palcu i po chwili ląduje na szybie autobusu. Psychosmark bawi się mozolnie ulepioną kulką, turlając ją po zaparowanym oknie. Nie wytrzymuję napięcia i przepycham się przez tłum, żeby zmienić miejsce. Psychosmark wchodzi w fazę agresji, uderzając pięściami w drzwi i bełkocząc coś na głos – chce wyjść. Wciska wszelkie możliwe przyciski. Mam nadzieję, że tym sposobem nie zablokuje wszystkich wejść, bo bylibyśmy zdani na dłuższą koegzystencję w tych nieznośnych warunkach. W lusterku widzę niewyraźną minę kierowcy. Na szczęście wjeżdżamy w zatoczkę i autobus zatrzymuje się na przystanku. Psychosmark wyskakuje z impetem, a ja zastanawiam się, skąd wie, gdzie ma wysiąść. A może jeździ wokół miasta, nie zastanawiając się nad celem podróży?

Inna sytuacja spotkała mnie na przystanku autobusowym. Stoję odizolowana od świata słuchawkami i okularami przeciwsłonecznymi. Podchodzi do mnie chłopak, też w okularach, staje w odległości naruszającej moją strefę komfortu. Ściągam słuchawki, myśląc, że chce o coś zapytać. Odchodzi i robi kilka ósemek wokół przystanku i stojącego obok kiosku. Obserwuję jego dziwne zachowanie. Znowu podchodzi, znowu staje przy mojej twarzy i zagląda w okulary, próbując dostrzec moje oczy. Tak mi się przynajmniej wydaje. Mam ochotę dać mu w zęby. Podnoszę z niecierpliwością brew – odchodzi. Znowu kilka ósemek. Tracę cierpliwość i z irytacją wyglądam na autobus, który powinien był już się zjawić. Podchodzi. Chrząkam. Odchodzi. Krąży po ósemkowym torze. Wraca. Otwieram usta, by coś powiedzieć. Ucieka. Już się nie zbliża. Odprawia cykl ósemkowy i staje w kącie za kioskiem. Autobus nadjeżdża. Liczę na to, że nie będzie chciał kontynuować „znajomości” w czasie jazdy. Na szczęście siada na drugim końcu. Krążownik-satelita.

Najbardziej komiczna sytuacja trafiła mi się w kościele. Siedziałam na mszy, czekając na różaniec za mojego właśnie zmarłego pradziadka. Msza miała się już ku końcowi i w okolicy ołtarza zaczęła krążyć starsza kobiecina. Pomyślałam, że to pani prowadząca różaniec, która przygotowuje się do wykonania swojego zadania. Zaczęło robić się dziwnie, kobieta przechadzała się wśród księży, nic sobie nie robiąc z widowni tego przedstawienia w postaci zebranych w ławkach wiernych. Sfera sacrum została w pewien sposób naruszona. Jeden ze starszych ministrantów próbował panią zgrabnie przechwycić i wyprowadzić przez zakrystię. Pani okazała się jednak sprytniejsza. Usiadła na ławeczce z ministrantami i wszyscy odetchnęli z ulgą. Zastosowano taktykę niezwracania uwagi, a w konsekwencji nieuwagi. Nagle kobieta wstała, przeszła kawałek i usiadła na schodku przed ołtarzem. Zdjęła jeden but i rzuciła nim w kierunku wiernych, po chwili to samo zrobiła z drugim. Ministrant zgarnął panią i wyprowadził z kościoła. To jeszcze nic! Msza się kończyła, kapłani złożyli pocałunek na ołtarzu i wyszli. Tę chwilę wykorzystała bohaterka tej krótkiej opowieści, która stanęła przed amboną. Mikrofony nie były jeszcze wyłączone. Starsza pani stała się szafarzem wyimaginowanego nabożeństwa, które odbywało się w jej głowie. Na cały kościół rozległo się wykrzyczane do mikrofonu: „Mszę świętą odprawi zaraz sam papież, Jan Paweł II !!!”. Zapadła konsternacja, którą wzmagał fakt, że nasz papież już nie żył od kilku lat. Moherowe babcie – oczywiście im nie urągając – kręciły nosem z oburzenia. Nie mogłam powstrzymać śmiechu.


Zwyczajnym zbiegiem okoliczności był fakt, że wszystkie historie, w których brałam udział, były na swój sposób zabawne. Opisując je w groteskowym tonie, mam na względzie zarówno reakcje zaskoczonego biegiem wydarzeń otoczenia, jak i własne. Naszą najczęstszą odpowiedzią na tego rodzaju sytuacje jest zakłopotanie, czy zniesmaczenie. Najłatwiej wtedy podążyć utartym szlakiem, sięgając po stereotyp, który wyzwala w nas zakodowany już wcześniej sposób zachowania. Dysonans pomiędzy opowiedzianymi przeze mnie anegdotami a rzeczywistością jest taki, że skala narastania realnego zjawiska, o którym była mowa w pierwszych akapitach, jak i jego nagminne ignorowanie są zatrważające. Nie tylko zamiatanie problemu pod dywan stanowi zagrożenie, spiralę milczenia wzmaga również stereotypowe postrzeganie osób psychicznie chorych, które z wielkim ostracyzmem odsuwa się na margines społeczeństwa. Jedna osoba świata nie zwojuje, warto natomiast rozejrzeć się wokół, może ktoś z naszego bliskiego otoczenia potrzebuje pomocnej dłoni, odrobiny uwagi, czy choćby zwykłej rozmowy, która bardzo często ma terapeutyczne działanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz